poniedziałek, 11.06.2007

Wyprawy TRAPERA - Suwalszczyzna, Litwa

Kategoria: Kultura i rozrywka — Konstancin @ 12:53

MIĘDZY POLSKĄ A LITWĄ

Wyprawa, na którą wybrałam się z klubem turystycznym Traper w dniach 18-22 sierpnia na Suwalszczyznę i Litwę okazała się strzałem w dziesiątkę. Zapewniła uczestnikom nie tylko mnóstwo wrażeń związanych z poznawaniem pięknych i historycznych miejsc, ale stanowiła także zetknięcie z bardzo ciekawą kulturą.
Zachwyciły mnie już pierwsze spotkania z przyrodą północno-wschodniej Polski. Nigdy nie zapomnę tamtejszych krajobrazów, przeróżnych wrażeń i usłyszanych historii. Podróż na Litwę stanowiła znakomitą przygodę oraz interesującą lekcję z historii i kultury innego, choć jak bardzo związanego z Polską, kraju. Najbardziej jednak zainteresowało mnie pogranicze, które łączy w sobie cechy polskie i litewskie i naprawdę trudno określić jego prawdziwą przynależność do któregokolwiek z sąsiadujących ze sobą krajów. Dużo ciekawiej jest na pewno zapytać o jego specyfikę, która wynika z wieloletniego połączenia, współistnienia dwóch odmiennych kultur na tym samym terenie i utworzenia się ponadnarodowej tożsamości takiej małej ojczyzny mieszkańców pogranicza.
Siedzę teraz w domu przed monitorem komputera, ale wspomnienia jak żywe kłębią się w mojej głowie. Nie wszystko da się oddać przy pomocy pisma, nawet nie większość… Zatem oto skromny zapis wrażeń z wyprawy.
Strona polska:
Wigierski Park Narodowy
Bardzo dużym zaskoczeniem był dla mnie sposób zwiedzania parku. Na samym początku wszyscy dostaliśmy całodniowe karty wejściowe do WPN i poznaliśmy panią przewodnik, która była ubrana w służbowy uniform przewodnika, który od razu skojarzył mi się ze strojem na safari J Momentalnie pojawiła się myśl: „Oj, będzie się działo!”
Zwiedzanie WPN składało się właściwie z trzech elementów: z wizyty w starym zespole pokamedulskim, zwiedzania budynków (wystawy, skanseny i miejsca pracy) na terenie parku oraz z wycieczki, podczas której miało się już bezpośredni kontakt z żywą przyrodą.
Stary zespół pokamedulski był kiedyś miejscem, w którym przebywali członkowie zakonu kamedułów. Składał się z klasztoru, kościoła, wieży i terenów klasztornych. Zakon ten miał bardzo surową regułę. Motto, którym zakonnicy kierowali się w życiu brzmiało „memento mori”, co oznacza „pamiętaj o śmierci”. Sami mogliśmy to odczuć, gdy zeszliśmy do krypt w podziemiach ich kościoła. W tym mrocznym i surowym miejscu podziwialiśmy, nawiązujące do średniowiecznego motywu danse macabre (taniec śmierci), malowidła na ścianach. Przyglądaliśmy się jak uwieczniono śmierć tańczącą z zakonnikami. Takie wizerunki miały kiedyś oswajać ludzi z myślą o śmierci i przypominać, że wszyscy, niezależnie od statusu społecznego i majątku, będą musieli kiedyś umrzeć. Przygnębiające przesłanie malowidła nie zraziło mnie, aby zrobić sobie zdjęcie z „mrocznym kosiarzem”. Bardzo chętnie pozował do zdjęć J (zdjęcie z kostuchą)
Sam kościół miał przytłaczający klimat. Do dziś bardzo dobrze pamiętam rzeźby: charakterystyczne, z twarzami pełnymi uwznioślenia i tajemnicy, co było podkreślone dzięki światłocieniowi panującemu we wnętrzu. (zdjęcie przy oknie)
Zupełnie inne wrażenie wywołała we mnie wieża kościelna, która w odróżnieniu od dominującego w kościele uczucia zamknięcia i przytłoczenia, oferowała znakomite widoki na jezioro Wigry a co za tym idzie, dawała prawdziwe poczucie przestrzeni. Gdy się stało na szczycie, a wzrok ślizgał się od horyzontu po horyzont, można było dokładnie przyjrzeć się jezioru i docenić jego niezaprzeczalny urok. Można też było na własne oczy przekonać się, iż jego nazwa, która odwołuje się do krętego kształtu, jest bardzo trafna. (foto z widokiem z okna na jezioro)
Zupełnie innych wrażeń dostarczyło zwiedzanie zespołu obiektów związanych z samym parkiem i jego funkcjonowaniem. Oprowadzali nas po nich pracownicy WPN i opowiadali o swojej pracy bardzo wyczerpująco. M.in. obejrzeliśmy budynek, w którym znajdują się wszystkie sprzęty niezbędne do zarybiania jeziora; muzeum rybołówstwa; muzeum przyrody (?), w którym poza ciekawymi wystawami tematycznymi znajdowały się także elementy edukacyjne jak np. wielka układanka. Wielu wrażeń dostarczyła wystawa wypchanych zwierząt charakterystycznych dla Parku. Najbardziej zaskoczyły mnie olbrzymie zające, które, gdyby nie przyzwyczajenia żywieniowe, mogłyby z racji swego wzrostu zapolować na mizerne liski. No i te ich olbrzymie zębiska. Brrr! ;)
Największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa zdjęć artystycznych. Prezentowała zupełnie inne spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość. Liczył się koncept i indywidualny odbiór piękna przyrody.
Na zakończenie tego etapu zwiedzania obejrzeliśmy film i prezentację dotyczące WPN.
Później pozostała już tylko wycieczka. Niby zwykły spacer, ale dał możliwość obejrzenia na własne oczy tego, o czym dowiedzieliśmy się w obiektach zamkniętych.
Pamiętam zaskoczenie jakie pojawiło się na wszystkich twarzach na widok rosiczki. Roślina żywiąca się mięsem – brzmiało to demonicznie! Nieważne, że chodziło tylko o mięso owadzie. Niektórzy zapewne wyobrażali sobie giganta rodem z horrorów. Giganta, który nie pogardziłby np. palcem ludzkim. A tu taki szok. Gdy przewodniczka wskazała owadożercę, nikt nie był w stanie go dojrzeć. Musiała podejść i go dotknąć, żeby wszyscy z wyrazem zdumienia na twarzach zogniskowali wreszcie wzrok na kilkucentymetrowej roślince. Co za zawód ;) (zdjęcie rosiczki)
Dużym powodzeniem cieszyły się także bobry. Niestety nie odwzajemniły naszego zainteresowania i nie pokazały się osobiście, choć niektórzy chcieli tu pozostać nawet do zmierzchu, żeby obejrzeć żywy symbol WPN. Na szczęście mogliśmy podziwiać żeremie bobrów i zobaczyć jak duże ślady zostawiają ich zęby.
Podczas wędrówki mieliśmy także okazję posłuchać o dawnych łowcach reniferów, którzy żyli na tych terenach dawno, dawno temu. Na pamiątkę tych pierwotnych mieszkańców okolic zrekonstruowano nawet w tym miejscu dawny namiot mieszkalny, podobny do tych w jakich nocowali. (zdjęcie namiotu łowców)
Na koniec zwiedziliśmy jeszcze skansen. Dawne przedmioty zostały ofiarowane przez mieszkańców okolic. Na drzwiach budynków znajdowały się kartki z nazwiskami ofiarodawców. Niesamowite było to, że wszystkiego można było dotknąć i sprawdzić jak działa. ( zdjęcie przy stole, albo przy młockarni)
Stańczyki
W Stańczykach znajdują się stare, zabytkowe wiadukty kolejowe. Są bardzo wyskokie – około 40 metrów. Widoki, które można z nich podziwiać, zapierają dech w piersi. Szczególnie, jeśli do tych widoków dodamy ludzi, przechodzących na drugą stronę barierek i rzucających się w dół. Na szczęście nie są to samobójcy, bo pod wiaduktami mielibyśmy krajobraz jak po krwawej bitwie. Są to śmiałkowie skaczący na bungee, gdyż taką oto atrakcję można sobie zafundować w tym pięknym miejscu. (zdjęcie na bungee)
Podczas naszej wizyty mieliśmy okazję podziwiać kilku odważnych skoczków. Najpierw było odliczanie, potem skok, a na koniec długi lot pomiędzy obydwoma wiaduktami. Oczywiście musiały zostać zachowane wszelkie środki bezpieczeństwa, gdyż tereny wokół tych wysokich konstrukcji są miejscem przechadzek turystów.
U podnóża betonowych olbrzymów płynie malownicza rzeczka Błędzianka, którą można przekroczyć śmiało stąpając po chybotliwym mostku. Miejsce to zapewnia wspaniałe widoki, chyba jeszcze piękniejsze niż te, które rozpościerają się na górze. Wspaniale było podziwiać ogrom wiaduktów stojąc na samym dole, w ich cieniu. Doskonale było stąd widać harmonijny układ ich podpór i łuków, które stanowiły bardzo interesujące ramki dla rosnących tu drzew. (zdjęcie ze Stańczyków)
Gołdap
Gołdap to miasto, które można odwiedzić, jadąc na zachód od Stańczyków. Jest bardzo zachęcające z punktu widzenia turystów. Już na samym wstępie przywitało nas kąpieliskiem nad miejscowym jeziorem Gołdap. Spory kawałek plaży, molo i wypożyczalnia sprzętu rowerowego czynią z niego atrakcyjne miejsce wypoczynku.
Dobrze jest także wybrać się do centrum i przejść się po bardzo zadbanym rynku. Duże plansze informacyjne stanowią doskonała wskazówkę, co jeszcze warto zobaczyć w okolicy (mnie zainteresowała piramida w Rapie i autentyczna mumia, którą podobno można tam obejrzeć z bliska). Dużą część wielkiego placu zajmuje dobrze utrzymany mały park z interesującymi fontannami i mostkiem nad wodą. Nie brak tu zacienionych alejek. Ruch uliczny jest w centrum niewielki, a brak świateł sprawia, że można się poczuć bardzo swobodnie. Miejsce dla siebie znajdą tu młodzi, pełni energii ludzie, którzy mogą poszaleć w skate parku, a także ci, którzy chcieliby się wyciszyć i odpocząć, gdyż ławeczki pod drzewami zdecydowanie zachęcają do skorzystania z nich. (na fotografii pani z gołębiami)
Mimo niewątpliwych walorów samego miasta, najbardziej zapadła mi w pamięć wyprawa na Piękną Górę, znajdującą się w okolicy Gołdapi. Może też jakiś wpływ miał na to fakt, iż znam pewnego jej miłośnika;) Wjechaliśmy na szczyt wyciągiem, który jest czynny przez cały rok. Już podczas jazdy mieliśmy przedsmak tego, co nas czeka na górze, a były tym czymś oczywiście piękne widoki. Aż trudno uwierzyć, że istnieje w Polsce tak niesamowite a zarazem tak mało znane miejsce. Może i widoki nie zapierają tchu w piersi świadomością olbrzymiej wysokości, ale na pewno urzekają wyjątkową malowniczością, harmonią i renesansowym spokojem krajobrazu. Domyślam się, że późnym wieczorem wrażenie może być nieco inne. Na szczycie znajduje się krzyż, który upamiętnia wizytę Jana Pawła II w tym miejscu. Warto wspomnieć, że góry od dawien dawna stanowiły bardzo waloryzowany element przestrzeni. Jako oś łącząca ziemię ze sferą boską, czyli niebem, stanowiły oś świata i często miejsce kultu. Były po prostu bliżej boskości niż jakikolwiek inny punkt na ziemi. Przykładami są chociażby grecki Olimp zamieszkany przez bogów, czy też biblijna góra Horeb, na której Bóg ofiarował Mojżeszowi tablice z dziesięcioma przykazaniami. Stojąc na górze, poczułam wolność myśli i wiarę w to, że nic nie jest niemożliwe. Przyjemny, choć trwający krótko, stan umysłu, gdy człowiek znajduje się „ponad”. (na fotografii nasza kosmiczna góra)
Strona litewska:
Nemunas – Niemen

Mam pewne problemy z odwiedzaniem słynnych miejsc. Gdy o nich myślę, zawsze owiane są pewną aurą tajemnicy, wydają się jak nie z tego świata, nieco nierealne, gdyż istnieją w sferze moich wyobrażeń. Tworzę własną unikalną wizję, którą mogę w pewien sposób kontrolować i na którą składają się wszystkie informacje na temat danych miejsc a także moje emocje, które są z nimi związane. Gdy następuje autentyczne zetknięcie z takim elementem przestrzeni, oszałamia mnie konkretność rzeczywistości. Trudno mi uwierzyć, że naprawdę jestem w miejscu, które wcześniej było tylko wyobrażeniem w mojej głowie. Trudno uwierzyć, że wszystko wygląda tak zwyczajnie i realnie, daje się dotknąć, powąchać i nie kryje w sobie jakiejś tajemnej magii, krzyczącej zewsząd do ucha: „HA! Jestem słynnym i wspaniałym miejscem, zatem drżyj śmiertelniku i pokłoń się w geście pokory!”. Muszę ciągle bombardować swą świadomość uwagami w stylu: „To miasto x, a to rzeźba y. Naprawdę tu jestem i naprawdę to widzę!”.
W momencie, gdy ujrzałam piękną litewską rzekę, zaczęłam intensywnie powtarzać w myślach jej nazwę: „Niemen”. Skupiony wyraz twarzy i zamglony wzrok, które na pewno mnie wtedy nawiedziły, mogły zaniepokoić współtowarzyszy wyprawy. Na szczęście udało mi się osiągnąć cel, bo uświadomiłam sobie, że to, co widzę za oknem, nie jest to ach jakże znajoma Wisła. Poczułam wtedy, iż naprawdę jestem już za granicą i wkrótce poznam miejsca znane mi tylko z historii i literatury, a także z opowieści innych ludzi.
Litwa powitała mnie widokiem szerokiej wstęgi rzeki pięknie migoczącej w promieniach słońca. Zielone tereny rozciągające się wokół napawały optymizmem i nadzieją, że będzie naprawdę cudownie.
Znakomicie było czytać coś podczas jazdy po moście nad litewską rzeką. Szczególnie polecam to uczniom, których lekturą jest „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej. Można czytać cokolwiek (nawet gazetę lub komiks), zrobić sobie zdjęcie i nikt nie zaprzeczy, że się nad Niemnem czytało;)

Wilno
Wilno przywitało nas niespodziewanym deszczem. Może i słusznie, gdyż zwiedzanie postanowiliśmy zacząć od cmentarza na Rossie. Płacz niebios znakomicie współgra z modelowym stanem wewnętrznym ludzi odwiedzających groby. Nastrój melancholii i lekkiej zadumy, któremu musiałam się poddać, był podtrzymywany przez krople deszczu wystukujące smutnego marsza na szarym bruku przed murem cmentarza.
Gdy przekroczyliśmy bramę nekropolii, deszcz ustał równie niespodziewanie jak się zaczął. Podeszliśmy do wyeksponowanego grobu, w którym spoczywa Matka Józefa Piłsudskiego a także Jego Serce. Zapaliliśmy znicz, aby uczcić pamięć Wielkiego Polaka. Staliśmy później jeszcze przez chwilę w milczeniu, a cisza jaka zapanowała nie była prostym przeciwieństwem hałasu, a pełnym znaczeń wyrazem szacunku i wzruszenia.
Dalsze zwiedzanie cmentarza dało możliwość poczynienia wielu spostrzeżeń. Wydał mi się bardzo interesujący. Na pewno jednym z czynników, które zwielokrotniły moje doznania, był niedawny deszcz. Pozostawił on cmentarz pełen wilgoci i zapachu ziemi. Mokra kora drzew była śliska i obca a zarazem pachnąca. Groby szeroko rozsiane po pagórkowatym terenie stanowiły chłodną pamiątkę po tych, którzy już odeszli a zarazem przejmujące przypomnienie, że i nas kiedyś dosięgnie ten los.
Bardzo ciekawe było zagospodarowanie terenu, wygląd pomników i co się z tym wiąże ogólny klimat cmentarza na Rossie w porównaniu do cmentarzy, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Od razu skojarzył mi się z ogrodem angielskim, który przeciwstawia się ukształtowaniu ogrodu francuskiego, charakteryzującego się uporządkowaniem i symetrią, jak na naszych polskich cmentarzach. Moim oczom jawił się kontrolowany chaos i tajemnica. Oczyma wyobraźni widziałam to miejsce nocą jako scenerię do filmu lub powieści z gotyckiego nurtu grozy. Tchnienie romantyzmu było bardzo silne. Znakomita niejednolitość w ukształtowaniu powierzchni, pofałdowanie terenu cmentarza nadawały mu niezaprzeczalnej malowniczości. Wzrok przykuwały groby indywidualiści, powstałe w dawnych czasach a zatem już podniszczone i wyróżniające się jakimiś elementami. Bardzo ciekawie wyglądały te, które są wyłączone ze wspólnej przestrzeni, poprzez odgrodzenie ich od reszty terenu, przy pomocy metalowych barierek. W takim wyizolowanym „wycinku” jest parę metrów kwadratowych przestrzeni, na których poza grobem mieści się także ławeczka (może siadają na niej duchy?). Jak miejsce wyjęte spoza czasu i przestrzeni, w którym odwiedzający może poświęcić całą swą uwagę zmarłemu. Prawie jak odwiedziny w czyimś domu.
Po wizycie na cmentarzu, doskonałym antidotum na przygnębienie, był widok par młodych, które tego dnia zdobyły miasto. Gdzie się nie obejrzeć panna młoda ze swym orszakiem, albo chociaż kilka druhen w sukniach o bardzo intensywnych i soczystych barwach. Czyżbyśmy trafili na popularny dzień ślubów?
Jednym z najważniejszych elementów wyprawy była wizyta w sanktuarium, gdzie wystawiony jest obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej. To święte miejsce można zwiedzać tylko w absolutnej ciszy. Młodzież została pouczona przed wejściem, że jeśli ktoś nie czuje się na siłach aby milczeć, niech lepiej nie wchodzi. Następnie wędrówka po schodach. Stanęliśmy w małym korytarzyku przed pomieszczeniem kultu. W środku niewielkiego pomieszczenia spora grupa ludzi modliła się bezgłośnie na kolanach. W powietrzu czuć było dziwne natężenie, silne skupienie. Cierpliwie czekaliśmy na wolne miejsca przed obrazem. Każdy miał czas na krótką modlitwę, po czym wstawał i wpuszczał kolejnych czekających.
Ważność tego miejsca w świadomości Litwinów uwiecznił Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”. Oto fragment inwokacji, w której to miejsce kultu nasz Wieszcz wymienił wśród najistotniejszych i znaczenie jakie nadał opiece i mocy Matki Boskiej:
„Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem
(…)
Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.
Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,
Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;
Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;
Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,
Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,
A wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą
Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.”
Skoro już o Wieszczu mowa, postanowiliśmy odkryć ślady jego pobytu w Wilnie. Ruszyliśmy na poszukiwanie domu-muzeum Adama Mickiewicza. Szliśmy m.in. prześliczną uliczką, którą ozdabiała taka oto interesująca ściana. (zdjęcie z dzbankami w ścianie)
Po dotarciu na miejsce, okazało się, że niestety muzeum jest już zamknięte. Musieliśmy zadowolić się oglądaniem domu z zewnątrz, stojąc na dziedzińcu. Staraliśmy się odgadnąć, w którym pokoju pisał nasz wielki rodak, z którego okna spoglądał na świat, gdy siedział pochylony nad rękopisem „Grażyny”. (zdjęcie tablicy pamiątkowej na domu AM)
Pod koniec wędrówki po Wilnie zebraliśmy się pod pomnikiem Giedymina, czyli ojca króla Polski, Władysława Jagiełły i Witolda, księcia litewskiego. Kamienna postać stojąca na wysokim postumencie, odziana była w zbroję, a w ręku dzierżyła obnażony miecz. Prawdziwy wojownik, obok posągu swego konia, wyglądał tak jakby przeniósł się tu właśnie z pola bitwy. Ojciec założyciela dynastii Jagiellonów - Litwina, za którego sprawą Polska i Litwa zostały połączone na bardzo długo unią, tworzącą z nich Rzeczpospolitą Obojga Narodów, górował dumnie nad placem. Miejsce to skłaniało do rozmyślań nad wspólną historią państw, które w tamtych czasach stanowiły jedność.

Troki

Miejscem, w którym stałam się świadkiem odżywania historii były Troki – pierwsza stolica Litwy. A historia odżyła dzięki wizycie na zamku, który jest umiejscowiony na wyspie. Gdy przekroczyłam wielką bramę, moim oczom ukazał się zadziwiający widok. Czyżbym znalazła się w średniowieczu? Po dziedzińcu biegały dzieci w dawnych strojach: raz mały chłopiec w białym płóciennym ubraniu wspinał się po drewnianej klatce skazańca, a za chwilę spomiędzy gromadki dzieci wyszła prawdziwa mała arystokratka w sięgającej ziemi, ślicznej sukni. Z dziećmi tańczył błazen do dźwięków znakomitej dawnej muzyki, wykonywanej przez grupę trubadurów w strojach z epoki, którzy nie dość, że grali na stylizowanych na średniowieczne instrumentach, to jeszcze śpiewali mocnymi głosami, pieśni przywołujące ducha dawno minionych czasów. (zdjęcie zamku)
Ale Troki to nie tylko zamek i okolice. To także miasto pełne ciekawej drewnianej zabudowy, m.in. karaimskiej.. Nietypowe, wyglądające na bardzo stare, domy tuż przy drodze, którą szliśmy. Czas chyba zatrzymał się tam w miejscu. Na pewno płynie nieco inaczej niż gdzie indziej. Mieszkańcy przyglądają się nam bez większego zainteresowania z wnętrz swoich podwórek. Trochę senna atmosfera. Pędy dzikiej róży oplatają ogrodzenia. Wiele bym dała za to, żeby móc wejść do jednego z tych domów i obejrzeć go od środka. Niestety muszę się zadowolić obserwacją z zewnątrz. Mamy bardzo mało czasu. (zdjęcie domku)
Droga powrotna do autokaru upłynęła na kontemplacji wspaniałych widoków, jakie zaserwowało nam słońce, kryjąc się malowniczo za chmurami i igrając swymi promieniami z ciemną już o tej porze dnia wodą. (zdjęcie)
Kopciowo

Nietypowa przygoda czekała nas w miejscowości Kapciamiestis, zwanej po polsku Kopciowem. Zaczęło się od problemu z dojechaniem do celu, którym był grób Emilii Plater. Trudno znaleźć miejsce ukryte w lesie, szczególnie jeśli jako przewodnicy mogą służyć jedynie nieufni tubylcy, których i tak nie było zbyt wielu na ulicach. Wybawieniem okazała się bardzo miła starsza pani, bardzo dobrze mówiąca po polsku. Zaoferowała swą pomoc w dotarciu na miejsce. Problemem wydawał się tylko jej rower. Odpowiedź na pytanie: „Jak go wsadzić do autokaru?” zdawała się przerastać pomysłowych skądinąd kadrę oraz kierowcę. Na szczęście nie stanowiło to problemu dla starszej pani, która wsiadła na swój wehikuł obładowany siatkami i zaczęła energicznie pedałować, jakby chodziło o zwycięstwo w Tour de France, a nie o zwykłą przysługę. Widocznie poczuła w sobie misję doprowadzenia nas na miejsce. Wszak chodziło o bohaterkę narodową, której pamięć jest ciągle żywa w tych okolicach. I tak wszyscy przypadkowi przechodnie mogli podziwiać nietypowy widok na ulicach Kopciowa: wielki autokar turystyczny jadący potulnie za starszą panią na rowerze.
W taki oto sposób dojechaliśmy do lasku, w którego głębi znajduje się grób Emilii Plater. Niegdyś był tu mały cmentarzyk, ale obecnie nie widać tu śladu innych grobów poza tym jednym. Miejsce dobrze ukryte w lesie. Zapaliliśmy znicz i staliśmy tam przez moment w zadumie. Nasza pilotka nie chciała przyjąć skromnego wsparcia finansowego w podzięce za udzieloną nam pomoc. Ostatecznie zgodziła się pod warunkiem, że tę drobną kwotę przeznaczy przede wszystkim na znicz, który zapali tu w naszym imieniu.
W innym miejscu, przy drodze, znaleźliśmy kamień z inskrypcją ku czci Emilii Plater. Było to miejsce jej zranienia przez patrol rosyjski, mimo że napis głosił: „Emilija Hrabianka Plater tu spoczywa”. Wygląda to tak, jakby ta dzielna kobieta miała tu dwa groby.
Trzecim miejscem w Kopciowie poświęconym bohaterce czasu powstania jest jej pomnik w centrum miejscowości. Stojąc u stóp Emilii Plater, wysłuchaliśmy wiersza „Śmierć pułkownika”, który napisał Adam Mickiewicz aby uczcić jej pamięć.

Druskieniki

Miejscem, które grupa z uzdrowiskowego Konstancina musiała koniecznie odwiedzić, były Druskieniki, miejscowość uzdrowiskowa na Litwie. Zastanawialiśmy się jak nasi sąsiedzi propagują walory swego miasta.
Ku mojemu zaskoczeniu podobieństw znalazło się mnóstwo i z braku miejsca opiszę tylko te najbardziej charakterystyczne. Co ciekawe nazwa miejscowości – po litewsku Druskininkai – wywodzi się od litewskiego słowa druska oznaczającego sól. W czasach krzyżackich strony te nazywano Salzeniken. A zatem uzdrowisko to słynie ze swojej solanki, co sprawia, że mamy pierwszy punkt wspólny z Konstancinem. Ale pojawia się też istotna różnica: W Konstancinie solankę się wdycha a tu poza tym….. pije się ją. Za drobną opłatą można skosztować tego „specjału” w specjalnej pijalni. Na jej środku stoi spory „grzybek” z kranami, z których płynie woda w różnych wersjach: zarówno zimna jak i ciepła, mniej i bardziej zmineralizowana. Wiadomo, że woda ta jest lecznicza, ale naprawdę trzeba dysponować siłą woli, aby wypić choćby pół kubeczka, szczególnie tej najbardziej zmineralizowanej.
Kolejnym punktem wspólnym polskiego i litewskiego uzdrowiska jest fakt istnienia, w każdym z nich, domu mieszkającego tam kiedyś wybitnego twórcy kultury: w Konstancinie - Stefana Żeromskiego (1864 – 1925), znanego pisarza, a w Druskienikach - Mikołaja Konstantego Ciurlionisa (1875 – 1911), słynnego kompozytora i malarza. Zadziwiające jest też to, że czas w którym żyli i tworzyli jest bardzo podobny. Obydwoje byli twórcami z przełomu wieków XIX i XX. Różnica jest taka, że w domu Ciurlionisa urządzono muzeum otwarte dla zwiedzających.
Na tym nie koniec podobieństw. Przechadzając się po uzdrowisku mogliśmy obserwować ciekawą zabudowę a także znaleźliśmy dobry hotel – widocznie przybywają tu zamożni ludzie. Poza tym mieszkańcy Druskienik wypoczywają w pięknym parku zdrojowym. No i nie brak tu sanatoriów.
Zdecydowanym minusem miejscowości jest brak swojskich sklepów spożywczych. Zamiast nich znajduje się tu Leader Price, który niezbyt pasuje do wizerunku uzdrowiska. Ludzie są mili i zapytani o sklep spożywczy, od razu wskazują wymieniony przed chwilą supermarket. Nawet jeśli znajduje się on tak daleko, że polecają podjechać do niego autobusem. Albo to zamaskowani pracownicy LP, albo naprawdę nie ma tu innych sklepów z jedzeniem. Smutne.
Na zakończenie wizyty w uzdrowisku wybraliśmy się do portu, w którym niestety nie zobaczyliśmy ani jednego statku. Jednak czekała nas inna niespodzianka. W przyportowym murku tkwił kran w stylu tych z pijalni. Nikt z nas nie miał jednak odwagi, by sprawdzić czy płynie z niego lecznicza czy zwykła woda. Zbyt duże ryzyko. No i niby czemu tu miało być gratis?

Pogranicze polsko-litewskie:
Puńsk
Choć gmina Puńsk znajduje się po polskiej stronie granicy, 80% z jej 4635 mieszkańców stanowią Litwini a Polacy tylko 20%. W samym Puńsku, w którym mieszka zaledwie 1050 osób, bardzo dobrze widać to przemieszanie kultur. Wszak to zaledwie 5 kilometrów od granicy, zatem mogliśmy podziwiać kulturę pogranicza w pełnej krasie.
Nasze pierwsze zetknięcie z Puńskiem nastąpiło poprzez kuchnię. Pierwszego wieczoru wyprawy zawitaliśmy do restauracji „Sodas”, w której stołowaliśmy się do końca pobytu na Suwalszczyźnie. Jak przystało na restaurację pogranicza, serwowano tam tradycyjne potrawy litewskie, w innych miejscach Polski po prostu niedostępne.
Podczas pierwszej obiadokolacji mieliśmy przyjemność skosztować barszczu z kibinai, czyli z “pierożkami” pieczonymi z kruchego ciasta z nadzieniem z pieczonego bądź gotowanego mięsa wieprzowego. Muszę przyznać, że entuzjastką barszczu nie jestem, ale ten zjadłam z prawdziwym smakiem, i założę się, iż przyczyną tego nie był tylko zwiększony apetyt po długiej podróży.
Za każdym razem dostawaliśmy jakieś inne danie litewskie. Każdy obiad czy obiadokolację poprzedzały nerwowe szepty: „Ciekawe co tym razem nam podadzą?”. Nastroje oczekujących oscylowały pomiędzy sporym zaciekawieniem, które było wciąż podsycane przez głód a lękiem przed bądź co bądź obcą kuchnią. Moje lęki w miarę szybko się rozwiały, gdyż jedzenie litewskie zdecydowanie mi zasmakowało.
Z podawanych tam potraw najbardziej zapadły mi w pamięć cepeliny (po polsku kartacze), czyli oryginalna potrawa litewska rodem z Puńska, którą przygotowuje się z odpowiednio dobranych składników i przypraw (ziemniaki, mielone mięso, cebulka, przyprawy) a wygląda trochę jak wielkie pyzy, choć inaczej smakuje. Nawet wędliny różniły się znacznie od polskich. Na tym polu zdecydowanie wybijał się kindziuk, który uważany jest za tradycyjną wędlinę litewską, choć Litwini prawdopodobnie nauczyli się go przyrządzać od Tatarów. A sposób ten wart jest małej wzmianki: mięso wieprzowe kroi się na kawałki, soli, dodaje tradycyjnych przypraw i faszeruje się nim pęcherze wieprzowe, a następnie mocno podwędza i podsusza. Opis ten jest całkiem przerażający, ale kindziuk od dawna uważany jest za wyjątkowy rarytas. Bardzo ładnie pachnie.
Bez wątpienia największą atrakcją, jaka nas czekała w restauracji „Sodas”, był pokaz przygotowywania sękacza. Nie było jednak łatwo tak stać i obserwować, gdyż zapach świeżego ciasta był wyjątkowo silny, a zjawisko dyfuzji jakby przypomniało nagle o swym istnieniu ze zdwojoną siłą, rozbudziło w sobie dominującą część wykształconej naprędce osobowości dręczyciela i zaatakowało wszystkich w mig, będąc przyczyną bardzo intensywnych olfaktorycznych doznań. Trzeba było wykazać silną wolę, żeby nie zacząć się ślinić.
Piątego dnia wyprawy postanowiliśmy skupić się tylko na Puńsku i zapoznać się bliżej z jego ciekawą kulturą. Jednak, żeby nie robić „masówki”, nie wejść w badany teren z hałasem, w gwarze rozmów i nie przebyć go w owczym pędzie, trzeba było podzielić się na grupki. W ten sposób łatwiej obserwować obcość, inność, gdyż nie rzucamy się aż tak bardzo w oczy i możemy skupić się na wybranych aspektach rzeczywistości. Trudniej jest w ten sposób rozproszyć uwagę a także dochodzi odpowiedzialność za własne odkrycia.
Grupy rozeszły się w poszukiwaniu ciekawych osób i miejsc, a ja, wraz z moja siostra Marzeną oraz z Anią Miazio i Anią Rutkowską, udałam się na wycieczkę po miejscowości. Jako członkinie jury mogłyśmy pozwolić sobie na chwilę relaksu i niezobowiązujący spacer. Jednak żyłka badacza nie dała o sobie zapomnieć.
Po pewnym czasie dotarłyśmy na stary cmentarz rzymskokatolicki. Zaskakujący był brak grobów. Stał tylko kamień z tabliczką informującą, w jakim miejscu się znalazłyśmy. Za nim zielony teren wznosił się do góry, aby w pewnym momencie zniknąć z linii wzroku. Tajemnicze miejsce. Wokół cmentarza dało się zauważyć usypisko kamieni, ciągnące się w miejscu, gdzie – jak się później dowiedziałyśmy – znajdował się mur cmentarny, który w czasie II wojny światowej został rozebrany przez Niemców, gdyż kamienie były im wtedy potrzebne do budowania dróg. Smutne miejsce, smutna historia.
Sporo wyżej natrafiłyśmy na opuszczoną kapliczkę a za nią w końcu na groby. Zadziwiające, że odkryłyśmy tylko dwa miejsca pochówku, z czego jeden był do połowy zapadnięty w ziemię. Niestety nie udało się nam wyjaśnić tego faktu. Próbowałyśmy nawiązać kontakt ze staruszką błąkającą się wokół grobów. Niestety, może przez nieufność, lęk przed obcymi, nie udało się wyciągnąć z niej żadnych informacji. Chyba się nas wystraszyła. Ciągle powtarzała: „Ja nie jestem stąd, nic nie wiem” i uparcie pilnowała grobów, rzucając czasami od niechcenia jakąś uwagę, a znacznie częściej wylęknione spojrzenie.
Na szczęście nie wszyscy mieszkańcy byli tak nieufni wobec nas. Napotkana na ulicy kobieta w średnim wieku, zapytana od cmentarz, zaśmiała się tylko, stwierdzając: „Hohoho! On to nie z moich czasów. To bardzo stary cmentarz”. Dała nam wskazówki jak dotrzeć do osób, które „wiedzą wszystko” o Puńsku. Opisała położenie domu, w którym miałyśmy zastać tych mieszkańców.
Na samym początku było trochę krępująco. Wszak nie tak łatwo wejść do domu zupełnie obcych ludzi i zacząć rozmowę. Szybko jednak zostałyśmy usadzone za stołem w saloniku i mogłyśmy wysłuchać opowieści najstarszego małżeństwa tych okolic: niegdysiejszych nauczycielki i opiekuna partyzantów a obecnie emerytów zainteresowanych propagowaniem kultury pogranicza polsko-litewskiego. To tu w końcu usłyszałyśmy co nieco o cmentarzach, o czasach wojny, o kulturze Puńska.
Najbardziej spodobał mi się fragment dotyczący tożsamości mieszkańców, identyfikowania się raczej z tutejszą kulturą niż ze sztucznymi podziałami administracyjnymi. Niegdyś na tych terenach obowiązywała administracja litewska, ale małżeństwa z reguły były mieszane (jedno z małżonków było narodowości litewskiej a drugie polskiej) i ludzie od zawsze mieli poczucie przynależności do jakiejś odrębnej wspólnoty. Gdy administracja została zmieniona, trzeba było przeprowadzić wśród ludności ankietę. Podobno mieszkańcy Puńska jak jeden mąż pod hasłem „narodowość” wpisywali „tutejszy”, a gdy proszono ich o określenie języka, jakim się posługują, odpowiadali „taki swojski”. Myślę, że odpowiedzi te doskonale charakteryzują społeczność pogranicza, dla której bycie tutejszym i swojskość jest ponad podziałami, stanowi o jej jedności.
Po powrocie z badań terenowych nastąpiła prezentacja dokonań wszystkich grup. Nie będę się dłużej rozwodzić nad ich odkryciami, bo uczciwość poszukiwacza nakazuje zwierzać się jedynie z własnych odczuć i spostrzeżeń, gdyż w innym przypadku groziłoby to otarciem się o fałsz, tak jak w zabawie w głuchy telefon. Jak można zdać relację z czegoś, czego nie widziało się na własne oczy? Powiem tyle, że mogliśmy wysłuchać opowieści o tkactwie, założycielu muzeum, o wyprawach do kościoła, skansenu, na cmentarze i na komisariat policji. Mieliśmy przyjemność gościć wśród nas, zaproszoną przez jedną z grup, twórczynię ludową zajmującą się tkactwem, a także dzięki inicjatywie innej grupy byliśmy z wizytą na miejscowym posterunku policji.
Niestety napięty program nie pozwolił na dokładniejszą penetrację Puńska. Myślę, że warto wybrać się tam kiedyś na dłużej.

Trakiszki

Na koniec pozostało mi opisać miejsce, które okazało się niezwykle ważne dla zmęczonych podróżników. Choć podziwiane albo nocą, albo tuż przed zachodem lub nie tak długo po wschodzie słońca, na pewno pozostanie w pamięci. Dlaczego? Bo był tam nasz tymczasowy dom podczas wyjazdu. Mowa o gospodarstwie agroturystycznym, położonym we wsi Trakiszki, znajdującej się niecały kilometr od Puńska. Właścicielem tego gospodarstwa jest pan Piotr Krakowski, do którego należy też restauracja „Sodas”.
Na terenie znajdują się bardzo dobrze utrzymane dwa obiekty mieszkalne. Łączna ilość pięćdziesięciu miejsc noclegowych, okazała się w sam raz. Pokoje są wyposażone w wc i prysznice, co zapewniło wygodę i dużo spokoju. Bardzo się ucieszyłam z pokoju w mieszkalnej piwnicy, gdyż miejsce to miało niesamowity urok. Elegancko i w mrocznym stylu wykończone korytarze i okna na poziomie gruntu tworzyły atmosferę taką jak lubię. Może też skusiła mnie spora odmiana, ponieważ we własnym domu mieszkam na poddaszu.
Tereny wokół budynków są bardzo ładnie zagospodarowane. W zasięgu wzroku jest staw z mostkiem i, przywołującą na myśl zabawy z dzieciństwa, altanką. W stawie można łowić ryby, a na terenie polować na zwierzynę lub spędzać czas mniej agresywnie, jeżdżąc konno albo na rowerze. Dla młodszych turystów przeznaczony jest plac zabaw. Istnieje też możliwość zrobienia grilla oraz zorganizowania dyskoteki, z których to możliwości skwapliwie skorzystaliśmy.

W tym miejscu pragnę podziękować wszystkim osobom, które brały udział w wyjeździe, a szczególnie ludziom, którzy sprawili, że wyjazd ten mógł dojść do skutku. Dziękuję bardzo za ciekawe pomysły, opracowanie trasy, a przede wszystkim za organizację. Naprawdę jestem pod wrażeniem, iż w tak krótkim czasie, można było zrealizować tak interesujący i różnorodny program. W pierwszej kolejności moje podziękowania wędrują do kadry pod przewodnictwem prezesa koła Wojciecha Guszkowskiego, następnie dziękuję za wsparcie „młodej kadrze” złożonej ze starszej młodzieży, a na koniec dzięki dla wszystkich uczestników za udział w wyprawie.

Wigierski Park Narodowy

04

02

Stańczyki

01

Niemen

03

Gołdap

05

Z turystycznym pozdrowieniem Agnieszka Guszkowska

1 komentarz »

  1. Piękny opis,aż można sobie wyobrazić i na chwilkę przenieść się daleko-daleko-daleko:)

    Komentarz autor Meg — poniedziałek, 17.09.2007 @ 14:23

Wątek RSS dla komentarzy do tego wpisu. Adres TrackBack

Zostaw komentarz

Powered by WordPress || Copyright Konstancin.com